Bezbronne insynuacje?18 listopada, 2011 o godz. 15:01 przez gosia
Dzień jak co dzień. Zaczęło się całkiem niewinnie. Pobudka, prysznic, makijaż, mała kawa i jak zwykle wyjście w pośpiechu. Dobrze, że zdążyłam wsunąć nogę w but, bo nachylona do przodu wykonując pozycję przygotowawczą jak biegacz do startu, przechyliłam się zbyt mocno i poniosło mnie do przodu. Gdyby nie ściana to zapewne odznaczyłabym terakotę swoimi zębami.Czemu ta winda tak wolno jeździ? Szybki wyskok z budynku. Brr ZIMNO! I jeszcze ten mróz na szybach w aucie. Jak ja nie cierpię skrobania szyb! Ach, jak wszystkich nie wyskrobię to się nic nie stanie, boczne szyby z tyłu auta nie są mi do niczego potrzebne! W aucie jest chyba zimniej niż na zewnątrz. Włączam radio, jedna z lepszych piosenek i od razu cieplej się robi. Czy inni kierowcy zerkając do wnętrza mojego auta są mocno zdziwieni moimi dzikimi ruchami, gdy próbuję podrygiwać w rytm muzyki? Kurczę szybciej! Czy Wam nie spieszno do pracy? Dlaczego ruch na drodze nie synchronizuje się tak jak ząbki w zamku błyskawicznym? Jestem zrozpaczona zostało mi tylko dziesięć minut, a jestem jeszcze w centrum miasta! Jednak zdążyłam. Nie będzie kolejnego spóźnienia na koncie. Lista obowiązków do wykonania w pracy nie zna końca… Uff jak dobrze, że dziś piątek. W ten weekend odpoczywam. Nie wychodzę nigdzie! Ewentualnie do kina i do sklepu po pieczywo. No, może jeszcze do pobliskiej galerii, bo czas na cieplejsze rajstopy. Aha i jeszcze Anka dzwoniła, że wczoraj wróciła z Majorki i ma dla mnie prezent. Zaprosiła mnie na wieczór wspomnień. Trudno ten weekend również nie będzie spokojny. Za to w niedzielę obiecuję – nie wychodzę z łóżka. Należy mi się dzień lenistwa. 8.00 – jakby tu się rozkręcić, żeby ze wszystkim zdążyć na czas? 10.00 – o! jeszcze chwila i czas na lunch 10.30 – bu, jak ja zazdroszczę tym, którzy bezkarnie zjadają wszystko na co mają ochotę i nie maja problemów z odkładaniem się tłuszczyku tu i ówdzie. 11.15 – zasypiam, kolejna kawa ląduje na biurku. 13.00 – chwila relaksu, dziś na więcej nie mogę sobie pozwolić. 15.30 – czemu ten czas tak szybko upływa? Potrzebuję jeszcze przynajmniej godziny! 16.00 – trudno, zostaję jeszcze w biurze, weekend poczeka. 16.40 – telefon : - Kochanie co dziś robisz na obiad? - Nie wiem, nie myślałam jeszcze o tym. - Jestem głodny może zrobisz kotleciki? Hmm? - Kochanie, nie zdążę przed Tobą, jestem jeszcze w pracy, zrób sobie coś albo zjedz na mieście. - Znowu? Czy Ty nie możesz wracać o normalnej porze do domu? - Przecież wiesz,że… - Dobra, wiem, wiem. Zapytam Piotrka czy mogę wbić się do nich na obiad. Kaśka dziś zrobiła gołąbki:) U nich zawsze jest coś dobrego do zjedzenia. - Jakbym siedziała w domu tak jak Kaśka, to też bym gotowała gołąbki, kotleciki, pulpeciki i piekła ciasta! Skoro Ci tak źle to znajdź sobie inną! - Jej, czemu się tak denerwujesz? Przecież nic nie mówię. Wiem, że ciężko pracujesz. - Ależ mówisz Kochanie! Robisz mi wyrzuty i insynuujesz, że Piotrek ma lepiej! - Kotku muszę kończyć. Nie gniewaj się. Wracaj szybko. Będę czekał. Wrrr! „Zrób kotleciki”. „Kaśka zrobiła gołąbki”. „Przecież nic nie mówię”. Nie! Pewnie, że nie! To na pewno ja (jak zwykle) jestem przewrażliwiona! 17.20 – na szczęście gdy jestem zdenerwowana, to praca pali mi się w rękach. Wychodzę z pracy. Wstąpiłam do spożywczaka po małe zakupy na weekend. Kupiłam też jabłka i margarynę, zrobię jabłecznik. I Karol już nie będzie mógł narzekać! „Małe” zakupy zdominowały moje ręce i z trudem wczłapałam się do windy. Uf, jak dobrze, że Karol jest w domu, nie będę musiała się mocować z zamkiem do drzwi. Nie mając możliwości pukać do drzwi ręką, zastukałam obcasem i czekam… Spróbowałam głośniej. Nic. Nacisnęłam łokciem na klamkę – zamknięte. - Karol! Karol! Kaaarol! Postawiłam zakupy. Oczywiście połowa się wysypała. Otwieram drzwi, wchodzę. Pusto jak w lodówce u studenta. „Będę na Ciebie czekał”. - Kochanie śpisz jeszcze? - Mhm. - Co zjemy na śniadanie? - Nie wiem, zrób sobie co chcesz. - A Ty nie jesz? - Ja dziś cały dzień śpię. Takie mam postanowienie. - A śniadanie? - Dziękuję, nie jestem głodna. - Ale dla mnie śniadanie, Kochanie. - Masz ręce, zrób sobie. - Kochanie proszę. – Całus w policzek. - Daj mi spokój, chce dziś odpocząć. - To ja powinienem dziś leżeć obolały w łóżku. Trochę wczoraj z chłopakami popłynęliśmy. - Twój organizm jest już przyzwyczajony do takich rejsów. - Nie bądź zgryźliwa. Zrobisz śniadanie? - Nie. - Proszę. W tym momencie stwierdziłam, że lepiej się poddać i zrobić mu te śniadanie. Przynajmniej będę mogła spokojnie wrócić do łóżka i dalej słodko spać. Wstałam, poszłam do kuchni, wyjęłam z lodówki mleko, wlałam do miski, podgrzałam w mikrofali, wsypałam płatki. Miskę postawiłam na stole, obok miski łyżkę. Wróciłam do sypialni. - Już. - Mmm kochana jesteś! Poszedł. W końcu sobie pośpię. - Płatki? Ale się wysiliłaś. ŁUP! Zerwałam się na równe nogi. - Co się stało? W drzwiach sypialni stoi Karol. W ręku trzyma miskę z płatkami. Mlaskając oznajmia: - Zapomniałem Ci powiedzieć, że moja mama dziś przyjdzie na obiad. - Co?! - No mama przychodzi. Na obiad. Wczoraj się zapowiedziała. - A jak Ci w pracy idzie Sylwunia? - Dobrze mamo. - No to dobrze. - A na jakim Ty obecnie jesteś stanowisku? - Cały czas na tym samym, nic się nie zmieniło. - Aha. - A jak Twoje wyniki? - Jakie wyniki? - Krew, mocz i inne. Karolek mówił, że jesteś w trakcie robienia wyników. - A dlaczego miałabym robić te badania? - Hm, mamo jak Ci smakuje kurczak Sylwii? - Bardzo dobry Karolku, ale nie przerywaj nam rozmowy. Trochę szacunku dla matki. Karolek mówił, że przed zapłodnieniem lekarz chciał zrobić Tobie szczegółowe badania dla bezpieczeństwa. - Zapłodnienia? - Yhm, mamo może masz ochotę na wino do obiadu? – Wtrącił się Karol. - Nie synku, dziękuję. Coś mi dzisiaj ciśnienie skacze. - Sylwia pokrój jabłecznik, poczęstujemy mamę. - Dobrze, za chwilkę. Pozwól, że skończę jeść. - Dobrze Kochanie, jedz spokojnie. - I co z tymi badaniami Sylwunia? - Mamo, ja nic nie wiem o żadnych badaniach, tym bardziej o zapładnianiu. - Karolku, czy możesz mi wytłumaczyć co się dzieje? Przecież nic sobie nie ubzdurałam. Sam mówiłeś ostatnio, że Sylwia idzie na badania. - Tak mamo. - No i ? - No i idzie. - Idę? - To jeszcze nie byłaś? To streszczaj się dziecko, streszczaj. Zima to najlepsza pora na zajście w ciążę. Urodzisz na jesień. Nie będzie ani zimno ani gorąco. Dziecku w sam raz. Zatkało mnie. Temat dzieci był poruszany przez moją teściową często, ale nie spodziewałam się tego, że zacznie mi planować wszystko od podstaw. Od zapłodnienia do dnia porodu. A Karol? Czy on naprawdę już planuje dzieci? Mi nic o tym nie wiadomo. Nie przypominam sobie też żebym ja sama snuła takie plany. - Lepiej pokroję ten jabłecznik. - Córki moich koleżanek już dawno wychodzą z pieluch, a Wy jeszcze w lesie. Ktoś Was musi popędzać, bo jesteście tak zakręceni, że zapominacie o bożym świecie. Tylko praca Wam w głowie i imprezy. Nie jesteście już dziećmi. Sylwio, Twój wiek już krzyczy o macierzyństwo. Organizm się prosi. Potem będzie za późno. O mały włos nie odkroiłam sobie palca. Tego już było za wiele. - Co mama sugeruje, że jestem stara? - Stara nie jesteś pod ogólnym pojęciem, ale na macierzyństwo już czas. Chyba musiałam mieć niezłą minę, skoro Karol zbladł i nagle zaczął krzątać się jak opętany dzieląc swoją osobą mnie i teściową. - Mamo poczęstuj się ciastem. Sylwia upiekła specjalnie dla Ciebie. - Dziękuję. Ja dla swojej teściowej, świeć Panie nad jej duszą, co tydzień piekłam ciasto i wcale nie uważałam tego za nadzwyczajne wydarzenie. Piekłam też dwa razy w tygodniu chleb dla nas i dla rodziców moich i Twojego ojca, Karolku. Od zawsze wiedziałam, że te wścibskie komentarze i podteksty Karol ma po swojej mamie. - To niech mama się nacieszy chwilą, bo ja takiego zamiaru nie mam. - No wiesz, Sylwio, jak tak możesz? - Obie się uspokójcie! Dość tego. Nie można zjeść spokojnie obiadu! Nabawię się wrzodów żołądka! - Nie chcecie moich rad i pomocy to nie. Widzę, że do niczego już Wam nie jestem potrzebna. W ogóle nie wiem dlaczego mnie zapraszacie skoro i tak nie chcecie ze mną rozmawiać! |


Villa Avena